Znów

Wstałam dziś rano z poczuciem, że chcę robić, działać, być aktywna. Choroba mnie strasznie zmuliła. Nienawidzę takiego poczucia zewnętrznie wymuszonej niesprawczości. Ale jak tylko się rozruszałam, znów włączyło mi się to, co wczoraj. MYŚLENIE. Ale nie takie aktywne, pozytywne, tylko raczej ciągnące w dół. Trudno nad czymś takim zapanować, jak człowiek jest ledwo żywy.

Włącza mi się kilka tematów. W zasadzie wciąż tych samych. Czasem tylko z innych stron, w innym świetle… Już nie pozwalam sobie zalać się „całym życiem do kitu”. Bo to nie prawda, że całe życie jest do kitu. I wreszcie mówię to nie musząc sama siebie przekonywać. Ale mam nadal jakieś… cechy charakteru..? Uwarunkowania…? …które nie pozwalają mi odpuścić niektórych rzeczy, albo spojrzeć na nie w innym świetle… albo w ogólne na nie nie patrzeć…

Temat numer jeden na dziś to ten sam temat, o którym był wpis kilka dni temu. Znów moje ciało. W kontekście nie-miłości. W kontekście wagi. Odchudzania. Ja TAK STRASZNIE POTRZEBUJĘ, tak PRAGNĘ, żeby cokolwiek ruszyło. Żeby spadły te kilogramy! Jednocześnie przypomina o sobie właśnie ta nie-miłość. Ja nie umiem nadal o siebie zadbać w tym kontekście. Miałam na to tak nie patrzeć. Miałam każdy dobry gest w stosunku do swojego ciała, do gotowania, do ruchu, traktować jak mega sukces. I czasem o tym pamiętam. Ale częściej myśli odruchowo nie pozwalają na wykorzystanie neuroplastyczności moich wspaniałych neuronów. I cierpię. I się wkurzam. I mnie wnerwia. I mnie irytuje. I przyprawia o łzy.

Chciałam z tego wyciągnąć jakiś wartościowy wniosek. Ale nie wyciągnę. Nie mam siły. Jestem zmulona, chora i zdołowana. Nie chce mi się. Chcę czarów. Błysku. Złotej rybki.

I słodyczy.