Zbyt pełno…

Piękno przyrody rozłożyło mnie dziś na łopatki… wieczorna wycieczka do lasu przyniosła ciary na plecach, zapowietrzenie i niemy zachwyt… Jechałam drogą… lekko zmierzchało… podnoszę głowę… a tuż nad drzewami, centralnie na wprost KSIĘŻYC. Przepiękny! Za delikatną chmurką, ogromny! Aż się zatrzymałam!

W sekundę w głowie pojawiły się tysiące interpretacji… Tysiące myśli… Tysiące słów, których już nigdy nie zapiszę… Patrząc w niego dojechałam do celu. Zazwyczaj zawracam w tym samym miejscu, przy młodej, niskiej brzezinie, okolonej wysokimi, cienkimi sosnami. Od sosen odbijało się światło zachodzącego słońca. Dziś różowe…

Było już późno i zaczynali się pojawiać moi prawie_przyjaciele 😉 Chmary nietoperzy! Chmary nietoperzy na tle wielkiego, przysłoniętego chmurką księżyca… Nie ma życia bez lasu. Nie ma życia bez ciszy. Nie ma życia bez zmierzchu, bez tej tajemniczej godziny, kiedy każda myśl wydaje się bez sensu… bo liczą się tylko drgania liści, poćwierkiwania zasypiających ptaków, delikatny, ciepły ruch powietrza… szum kół roweru… szum własnej głowy…

.

.

.

.

.

Jakaś pieprzona księżycowa abstrakcja.
Cały Ty.
Cała ja i moja nieprzerwana próba racjonalizacji.
Emocjonalizacji.
Weryfikacji.
Reakcji.
Afirmacji.
Adaptacji.
Demaskacji.
Deanimacji.
Negacji.
…cji…
…cji…
…cji…

.

.

.

.

Pełnia księżyca.
Pełnia nadziei.
Pełnia rozpaczy.
Pełnia martwoty.
Pełnia tajemnicy.
Pełnia… czego tylko chcesz.
Tylko nie spokoju. Raczej zmęczenia.
.

.

.

.

.

Pomyślałam, że od dziś będziesz jak litera C. Z każdym dniem cieńszy. Zcieniejesz.
Co zamierzasz? Jaka będzie pogoda? Co uczyni Bóg?