Trzask gałęzi

Zawsze fascynował mnie trzask łamanych suchych gałęzi. Gdy wiał wiatr… Gdy jako dzieciak chodziłam z harcerzami po ciemnym lesie… czasem to był trzask złowieszczy, czasem kojarzący się z palącym się ogniskiem… Nigdy nie był to naprawdę dramatyczny trzask, który by powodował realne przerażenie i strach o siebie…

Gdy wiało, gałęzie sosen obok mojego domu ocierały się o siebie. Skrzypiały. Całe sosny skrzypiały. Bałam się, że się złamią. Nigdy żadna sosna się nie złamała. Ale kilka razy spadły grube gałęzie. Nie dotykałam ich. Wydawały mi się takie… surrealistyczne. Takie z innego świata. Tak duże. Dostojne. A jednocześnie suche. Bez życia.

.

.

.

Nie lubię horrorów. Nie oglądam ich wcale. Ostatni to był chyba „Szósty zmysł”. Byłam na nim w kinie. Czyli dawno. Wgniótł mnie w fotel. To w ogóle był horror…? No mniejsza. Do tej pory czasem o nim myślę. Myśl o horrorze… o samej idei horroru… nasuwa mi pewne moje dawne wyobrażenia o leśnych marach typu Buka z Muminków… związane z trzaskiem gałęzi… Dlaczego miałabym być w nocy w lesie sama? Dlaczego coś miałoby mi grozić? Dlaczego sama myśl o trzasku gałęzi w takiej sytuacji powoduje szum w klatce piersiowej…? Dlaczego to miałoby być coś odrealnionego? Czy ja wariuję? Skoro słyszę, co do mnie mówisz we śnie… i potem słyszę to naprawdę… to może mam szansę spotkać zjawę…?

.

.

.

Nie lubię, gdy mój ojciec trzaska gałęziami, sprzątając podwórko. To jest uczucie bycia świadkiem zniszczenia. Powoduje dziwne napięcie. Nawet jeśli to, co jest łamane, było suche i już by nie urosło… Nawet jeśli doskonale wiem, że zabranie tego suchego, niepotrzebnego, zrobi miejsce życiu… Ale tak bezceremonialnie usuwać ślady śmierci? Sama czasem sprzątam na jego podwórku. I wtedy sama łamię te gałęzie. Z pasją. Niszczę. Upajam się trzaskiem. Najbardziej wnerwiające są wiśniowe. Łykowate. Nie trzaskają. Chyba, że są naprawdę turbo wysuszone. A ja oczekuję trzasku. To zemsta. Zemsta na suchej gałęzi. Za co? Za krzywdy, których doznałam. To złość, której nie mogłam, nie umiałam lub nie chciałam inaczej wyrazić. To robienie miejsca życiu.

.

.

.

Teraz rzadko coś trzeszczy pod moimi stopami. Teraz gałęzie trzaskają tylko, gdy wchodzę na stary Cmentarz Żydowski, który czasem odwiedzam. I oglądam piękne, poniszczone, omszałe macewy. Tam leżą drobne gałęzie. Nie ma alejek. Od prawie 100 lat nikogo tam nie pochowano. Zarósł. Czasem ktoś tam zagląda i sprząta. Ale nie gałęzie. Ich trzask wywołuje ciary. Z każdym krokiem spodziewam się spotkać jakiegoś starego Żyda… Takiego z opowieści dziadka… Jakby to on stawał i łamał te gałązki. Nie ja. Nie chcę go spotkać. Bo przychodzę tam po samotność. Ale tam gałęzie mają prawo trzaskać. Tam nie ma miejsca dla życia. Tam jest sucho. Suchy las. Sucha trawa. Suche gałęzie. Suchy trzask. Suche życie. Suchy brak życia.

.

.

.

Czasem się zastanawiam, jak by brzmiał trzask gałęzi łamiącej się pod ciężarem mojego powieszonego ciała…