Trying to grow up

Jestem bardzo zmęczona. Przez ostatni miesiąc posiwiałam. Z kilku białych sztywnych pojedynczych włosków zrobiło się grube kilkadziesiąt. Patrzę na siebie i myślę nad oczywistościami.

Młodsza nie będę. A ja chyba jeszcze nie zaczęłam naprawdę żyć. Lada dzień skończę 33 lata. Jezus w moim wieku zbawił świat. A ja? Oczywiście nie pretenduję do zbawiania świata. Ale można by było się po mnie spodziewać czegoś więcej niż doła.

Czuję jak bardzo pomimo tego, że jestem tak pełna uczuć i emocji, jestem jednocześnie pusta. Zamknięta. Okuta ochronnym pancerzem. Bardzo smutna wewnętrznie.

Pastwię się nad własną niedoskonałością. Nad popełnionymi błędami. Nad minionym czasem. Nad sytuacjami, których nie wykorzystałam, albo wykorzystałam źle. Nad krzywdami, które wyrządziłam. Nad krzywdami, którym nie umiem lub już nie mogę zadośćuczynić. Nad własnymi potrzebami. Zrozumienia. Przyjaźni. Oparcia. Nad tym, że nie mogę ich dostać, bo nie umiem ich dać.

Oczywiście to nie ma sensu. Ale jednak dziś ożyło. A może się tylko obudziło. Może to wciąż we mnie żyje. Tak. Myślę, że żyje.

Czuję się staro. Smutno. Jesiennie. Listopadowo. Znowu się śniło. Przyjemnie. Ale rano refleksja nad treścią, a może bardziej nad pochodzeniem snu… najchętniej położyłabym się do łóżka. Niczego nie musiała. Dziś w sumie niewiele muszę. Czeka mnie półtorej godziny pracy. Przeżyję. Poza tym setki godzin zaplanowanych spraw. Ale ta cała reszta może poczekać. Może sobie popłaczę. Może potruję głowę przyjaciółce. Jeśli jeszcze ma na mnie siłę.

Czuję, że dojrzewam do czegoś, co pozwoli mi zrobić ogromny krok do przodu. Pomimo, że w tym akurat temacie, dziś akurat chcę tupać nóżką i dostać to, co chcę. Nie wierzę w senniki, ale w perspektywie zmian w moim wnętrzu moje sny mówią o życiowych przełomach… i o tęsknotach… Męczy mnie to. Męczy mnie wracanie do tego, co było. Ten dołek jest taki swojski. Taki dobrze znany…. Taki jakby bezpieczny. Ileż pracy jeszcze będę musiała włożyć, żeby tak samo swojsko poczuć się w działaniu i samodzielności? A może nie mogę, bo mieszam samodzielność z samotnością…

Życie bez poczucia bycia kochanym, chcianym, potrzebnym i wartym czegoś dla innych, pomimo tego, że ze wszystkich stron sygnał jest zupełnie odwrotny… życie bez umiejętności dawania z jednoczesną świadomością, że tylko tędy droga… nie jest życiem. Jest szarpaniną. Jest jak paraliż fizyczny. Chcesz, a nie możesz. Jest śmiercią za życia.

.

.

.

.

.

.

Przeszłam się na spacer, zjadłam całą główkę zimnej, soczystej świeżej sałaty, zbieram się znów do kupy. I chcę napisać tylko tyle, że mam po prostu ogromną ochotę, żeby wyrzucić z siebie wprost. Niedojrzale. Personalnie. Może by to coś zmieniło. Może w końcu czkawka przeszłaby w coś bardziej znośnego. Może bym zlikwidowała ten cholerny przeciąg. Ale chyba tu potrzeba nie mojej lub nie tylko mojej odwagi.

Treść nijaka. Bez wniosków. Bez niczego. Wracam do mojego realnego chaosu. Napiję się kawy. Zjem jabłko jeszcze może. Wypiję wodę. I cydr. I kolejny raz się podniosę. Dla kogo? Czy byłam już na dnie? Czy się odbiłam? Czy dalej grzęznę w mule?