Tak bardzo bez tytułu…

Mam przepis doskonały na odchudzanie. Jeszcze się nie ważyłam, ale centymetr zachowuje się jak marzenie. Wygląda na 4-5 kg przez 2 tygodnie. Jaki jest przepis? Spieprzyć sobie relacje. Najlepiej więcej niż jedną na raz. Można na przykład powiedzieć za dużo. Można też powiedzieć za mało. Można jednocześnie powiedzieć za dużo i za mało. Można nie mówić nic. Można chcieć. Można nie chcieć. Można się złamać. Można się też nie dać złamać. Można też wiele innych rzeczy. Istne szaleństwo.

Ale to jest też sposób na tycie, więc trzeba uważać. Przez ostatni rok tyłam. Tyłam, póki nie wzięłam spraw w swoje ręce. Gwałtownym odruchem. Czy jest lepiej? Nie wiem. Na razie… szkoda gadać. Ale czuję, że mam wpływ. Że wzięłam swoje życie w swoje ręce. Mam kontrolę. Jako taką… Że jestem dorosła. Odpowiedzialna za to, co robię. Że to, co robię podlega ocenie i że to moja decyzja. Zrobiłam, co mogłam. Pytanie, co z tego wyniknie albo już wynikło. Nie wiem. Wiem tyle, że to mój wybór, moja sprawczość i niesprawczość, moje decyzje i JA.  Tylko co mi po tym…

Na razie nie mogę jeść. Na razie waga leci w dół. Jedyny plus… przynajmniej pozorny. Pokonałam też leki nasenne 😉 Potrzebuję nowych. Najlepiej jakichś działających. Boże. W życiu nie brałam leków nasennych… A teraz… heh… jak w tym memie, co mózg w momencie zasypiania otwiera Ci oczy i mówi: zajmijmy się teraz spisem tego, co zjebałeś w swoim życiu… Ale oczywiście mema nie mogę znaleźć…

W ogóle co za rok… i to sam początek… póki co jak u Hitchcocka… zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem już tylko lepiej… Gdzie te lata tłuste ja się pytam?? 1 stycznia dał mi do myślenia, choć ogólnie mam zlewkę na magiczne daty… 5 godzin bolesnej rozmowy… A potem… A potem już tylko gorzej… Normalnie co dzień!! Kiedyś była taka kretyńska kreskówka. „Happy Tree Friends”. Szit jak ich mało. Idea była taka, że jest jakaś prosta akcja i coś idzie nie tak. Kończy się ogólną masakrą. Wydłubywaniem oczu, wyrywaniem wnętrzności i podobnymi. W atmosferze chorego ubawu. I pamiętam jedną taką scenę, że jeden drugiemu zmiksował mózg. Mikserem. Ta scena przypomina mi się mimowolnie, gdy zaczynam czuć swoje wnętrzności… jakby mi ktoś je nieudolnie rozszarpał jakimś takim takim urządzeniem z tępym nożem.

Dziś „spałam” z zaciśniętym w dłoni różańcem. Takim o zapachu różnego kwiatu. Do tej pory pachną mi dłonie. I do tej pory czuję zdrętwiałe palce. Spuchły. Spociłam się. Strasznie. Drętwiałam cała. Nie mogłam oddychać. Czy robię źle, czy dobrze? Czy to, co już zrobiłam, zrobiłam źle, czy dobrze? Co było dobre, co złe? Ile warte jest szczęście? Ile warte jest życie? Moje? Twoje? Dziecka… dzieci, których nie ma? Mojej córeczki, o której marzę, a wciąż rzeczywistość marzenie odsuwa? Czy naprawdę to ja jestem winna temu, że jej ciągle nie ma? Że może już jej nigdy nie będzie? 

A może moją winą jest to, że nie umiem żyć pomimo? Że jestem niepokorna? Szarpię się? Buntuję? Walczę o to, na czym mi zależy? Czy jestem winna temu, że nie umiem poradzić sobie z tym, czego nie mam, a co jest dla mnie fundamentem? Powietrzem? Że nie umiem żyć w kłamstwie? Że nie umiem spać w niewygodnej pozycji? Że ból karku po wstaniu nie pozwala mi funkcjonować? To też moja wina? Moja wina i moje zło, że pierdolę te wszystkie afirmacje rodem z Coelho?? Żyj i ciesz się życiem, bo masz jedno. Kurwa ciesz się. Ciesz się. Oszukuj się. Wmawiaj sobie, że jest zajebiście. I CHORUJ. Choruj od niezrealizowanych pragnień! Tu nie chodzi o brak radości z drobnych rzeczy. Tu chodzi o to, żeby brać życie pod włos, nie dać mu się zgnoić! To jest złe? Złe jest pragnienie szczęścia i SPEŁNIENIA?? Tak. Pewnie jest złe. Jeśli życie zasunie Ci w prawy policzek, nadstaw mu lewy, a potem przebacz 77 razy. 

Co mnie może usprawiedliwić? To, że nie idę po trupach? A co, jeśli o tych trupach nie wiem? Może moja skrajna wrażliwość i wrodzona delikatność mnie zgubiły zamiast pomóc? Taka dobra, taka delikatna, wrażliwa, kobieca, głęboka… taka, kurwa, naiwna! A może nie wolno mówić PRAWDY? Prawda Was wyzwoli. Tak?? Serio?? Skoro tak, to dlaczego prawda jest często bardziej bolesna i komplikująca niż milczenie? Milczenie niszczy posiadacza, prawda niszczy uświadomionego. I co Panie Boże? Co z tym fantem? Prawda Was wyzwoli? Brnij w prawdę chrześcijaninie! Brnij w prawdę, w która wierzysz, która ma SENS! Brnij, a potem pozwól sobie przytrzasnąć palce drzwiami. Palce zdrętwiałe od trzymania różańca przez całą noc…

A może winą jest moja odwaga? Jeśli tak, to po co mi ją Boże dałeś? Gdzie jest instrukcja? Brak komunikacji zabija. Już zabił. Ty też Boże!? Dlaczego nie mówisz wprost??? Dlaczego to Twoje „wprost” jest tak skomplikowane, że pierdylion teologów od wieków kmini i nie może wykminić??  A prości, zbolali ludzie?? Dlaczego Boże tak utrudniasz???? Wszędzie i ciągle „domyśl się, domyśl się”. NIENAWIDZĘ TEGO! A jak domyślisz się nie tak, jak trzeba, to do piekła! Po co mi sumienie, które stoi na rozstaju??? Bez jasnych wskazówek??? Dlaczego wolna wola nie idzie jasnymi, prostymi ścieżkami?? NAPRAWDĘ wszystko dopiero po śmierci?? To po co mi życie? Niespełnione, trudne, poszarpane!? Co mam z niego wydobywać?? Zabierz sobie tą wolną wolę! Mogę zmienić się w pająka. Albo muchę. Bez wolnej woli. I dać się pieprznąć gazetą. I po mnie. I SPOKÓJ.


Jesteś ważna. Serio? Dla kogo? JA jestem ważna? Doprawdy…? Dostałam Światło Ducha Świętego. Zgasiłam je czy za nim podążyłam? Nawet Światło nie jest jasne! Skrzywdziłam, czy próbowałam pokazać coś ważnego? A jeśli droga do PRAWDY  I ŻYCIA widzie przez TEN ból? Mój? Twój? A jeśli to ja jestem światłem? Za światłem się podąża… Co to za światło, którego nie chcesz zobaczyć? Po co mam się wypalać? A może to, co w sobie noszę, to zło? Może jestem jak żarówka dla ćmy? Ćma leci w ogień, bo myśli, że to księżyc… Głupia ćma. Nikt nie chce być głupią ćmą. Zwodnicza gorąca żarówka. 

A może jednak mam dobre serce? Czy złe jest pragnienie dania z siebie? W końcu? Dania szczęścia? Szukania sposobu, żeby w końcu zostało wzięte…? A może czystym złem jest to, że daję je tak jak umiem, a nie tak, jak ktoś tego oczekuje? Może życie polega na tym, że jednak trzeba się łamać? Boże, czy przyjmujesz tylko poturbowanych, ale pogodzonych z losem, uderzającym znienacka w twarz? Tych, którzy się nie bronią?

Moja wina. Moja wina. Moja bardzo wielka wina. Boże, wybaczysz mi kiedyś to, że śmiem o siebie walczyć? 

Jak mam odkupić te swoje winy? Te wszystkie winy, których nie rozumiem? Które są dla mnie nielogiczne? Czy można mówić o winie jeśli jej naprawdę nie rozumiem? Kogo skrzywdziłam? Kogo bardziej? A czy moja krzywda jest ważna? Dla kogokolwiek? Mój ból? Moje wołanie? Marzenia? Fundamentalne potrzeby? Bo ty… bo ty… bo ty… siebie zmień. Zmieniam. I co? GÓWNO! Jedno wielkie GÓWNO! Na czym ma ta zmiana polegać? Na ciągłym samoponiżeniu?? Wyrzekaniu się samego siebie? NAPRAWDĘ? Jeśli tak, to JAK mam to zrobić? Do jasnej cholery JAK?

Kim jestem? Kim jest ta delikatnie siwiejąca, jeszcze ciemnowłosa, skrajnie zmęczona, ale jeszcze młoda kobieta w lustrze? Nie poznaję jej. Nie poznaję tych oczu. Tej twarzy. To nie ja. To nie jest nawet ta jedna wielka beznadzieja, którą byłam miesiąc temu. To nie jest nadzieja, że ta beznadzieja w końcu w siebie uwierzy. To jest realny, zniszczony własnym światem wewnętrznym człowiek. Człowiek z poczuciem, ze skrzywdził osoby, na których naprawdę mu zależało. Gdzie jest ta pełna nadziei, delikatna i krucha, ufna dziewczynka, która dawała się lepić jak modelina? Już nie ma modeliny. Wyschła rozwałkowana i wpasowana w nie swoje ramy. I stłukła się w drobny mak, gdy spadła ze zbyt ciężką ramą ze ściany. I odłamki pokaleczyły wszystkich dookoła.

Ale Ciebie chcę wziąć za rękę, za nadgarstek. Ścisnąć tak, ze zbieleją mi palce. I ostrym odłamkiem szkła podciąć Ci żyły… Aż przygryzam wargi jak to piszę. Skoro i tak mam pójść do piekła za marzenia o samospełnieniu, za krzywdy, które wyrządziłam, to już mi na niczym nie zależy. Może widok Twojej krwi na moich zbielałych palcach sprawi, że… sprawi mi chociaż satysfakcję. Ulgę. Jakąkolwiek. Ciemna strona tej pieprzonej jasności. Cholernej, pełnej zła żarówki! Żarówki, która czyta w cudzych myślach. Żarówki, która widzi to, czego inni nie widzą i tego nienawidzi… . Energooszczędnej żarówki pełnej trującej rtęci… Żarówki, którą ćma zgasiła kamieniem… Bo światło oświetla. Oświetla pięknie nakryty stół, ale też kąty pełne kurzu, brudu… bólu… Czy na pewno to światło było światłem złej żarówki? A może to jednak było światło od Boga? SKĄD mam to do cholery wiedzieć?!

.

.

.

.

.

.

[Koh 7, 10: Nie mów: Jak się to dzieje, że dawne dni były lepsze niż obecne? – Bo nieroztropnie o to się pytasz.Nieroztropnie… tak… Ja już prawie nie patrzę w przeszłość. Ani w przyszłość. Ugrzęzłam w teraźniejszości. Podobno ona jest najlepsza. No czasem pewnie tak. Gorzej, gdy teraźniejszość jest taka, że nie ma nadziei…

Kiedyś jedna osoba, która bardzo mi wówczas pomogła, powiedziała, że nie ma sensu pytać, co będzie. Lepiej zapytać: ciekawe, jak będzie. Minęły LATA, zanim to naprawdę do mnie dotarło. Zanim zmiana przestała być dla mnie traumą. Teraz odruchowo mi się to mówi… Ciekawe jak będzie. Dążę do zmiany. Zwłaszcza tego, co tak boli. I chyba to jest to, co nie pozwala mi sięgnąć po poczwórną dawkę leków i popić ich alkoholem. A mogłabym odejść jak Janis Joplin… Naprawdę uważam, że moja wola życia jest niewiarygodna. Mam dostęp do takich cudów, że zeszłabym w godzinę. A jednak po nie nie sięgam. Wow. Znów się duszę. Na razie musi mi to wystarczyć.

.

.

.

.

Czy to jest prawdziwe cierpienie? Co jeszcze jest przede mną? Ciekawe jak będzie…? Nie wiem czy jeszcze jestem ciekawa… Nienawidzę siebie. Poczucie humoru typowego skorpiona. Reszta? Nie wiem. Nie znam się na znakach zodiaku. Ale wiem, że nie pasuję. Już nie pasuję do niczego. Wypalam się. Wypaliłam się. Został tylko popiół…