Szary pył…

Trzeba być mną. Trzeba być kurde NAPRAWDĘ MNĄ, żeby tak się pięknie zrobić, nomen omen na szaro…

„Nie dalej, jak wczoraj”, wchodząc z prędkością w ostry zakręt, pomyślałam, że oooo w tym roku jeszcze się nie wywaliłam na rowerze. Hmmm… jeszcze ani razu nie wywaliłam się na nowym rowerze, choć ze dwa razy było blisko… Zapomniałam, że jakiem wiedźma, moje słowa działają w systemie mówisz-masz.

Wypieprzyć się robiąc od miesięcy ponad 20 km dziennie… niby żaden zaskok… ale w taki sposób mogłam to zrobić TYLKO ja. Zahamowałam gwałtownie, żeby… ZOBACZYĆ KSIĘŻYC. Jechałam prostą, równą drogą, mając go za plecami. Skręcając zobaczyłam go kątem oka na różowo-fioletowym niebie, świecącego znacznie mocniejszym światłem, niż gdy go widziałam dłuższą chwilę wcześniej. Wchodząc w zakręt chciałam zawrócić, to była błyskawiczna decyzja. Ale nie impulsywna. Zdążyłam pomyśleć, że chcę zobaczyć księżyc. Chcę. Chcę to zrobić dla siebie. I od razu zadziałałam. W końcu miałam tylko chwilę… Naciśnięcie hamulca, próba zwrotki… i znalazłam się 2 metry od roweru z nogą poharataną ostrymi kamieniami… Cała w szarym pyle, włącznie z włosami… gorzej, że poharatana została też farba na rączce od hamulca… eeech…

Wszystko trwało kilka sekund. Gdy już wylądowałam, momentalnie zachciało mi się płakać. Nie z bólu, choć ten wciąż nie daje o sobie zapomnieć… Tylko dlatego, że… niemal usłyszałam… kpiący śmiech księżyca… Dlatego, że… wszystko wróciło… Dlatego… że wróciłeś Ty. Świecący jasnym światłem. Patrzący z góry. Taaak. Czuję się potraktowana z góry. Ale jakie to ma znaczenie… Schematy… schematy…

.

.

.

.

Zastanawia mnie… jak Ci się żyje z tym, co mi zrobiłeś… Czasem myślę, że jak Ci się może żyć… zatrzasnąłeś drzwi i „nara”. Po temacie. Masz WAŻNIEJSZE sprawy. Ważniejsze niż elementarna uczciwość i szacunek dla drugiej osoby. Śmiejesz się, jak ten księżyc. Prosto z nieba, widząc, że myśl o Tobie zmieniła tor jazdy i spowodowała bolesną wywrotkę. Nie Tobie troszczyć się o jakąś nieszczęśliwą introwertyczkę… o kobietę, dla której byłeś oparciem… o kobietę, która… kobietę… heh… Napisałam tu kilka zdań. Takich, których dosłowności nikt poza Tobą nie miałby szansy odkryć. I wyrzuciłam. Tak samo, jak Ty wyrzuciłeś mnie. Wystarczy. Nie chciałeś usłyszeć. Nie mnie uszczęśliwiać Cię na siłę. Z resztą po cóż miałabym się wysilać. Nie wiem, nawet czy wciąż tu jesteś.

Ale prawda jest taka, że… myślę, że cierpisz. Ta moja cholerna intuicja wariatki… mówi tylko jedno… że Ci tak strasznie, strasznie źle. I nie mogę tego znieść. I strasznie to przeżywam. Bo wiem, co się stało, i wiem, że nie chcesz zobaczyć tylko jednej, jedynej rzeczy. Tej pośrodku. Tej rzucającej się w oczy. Tej, która jest clue wszystkiego. I nie chodzi o mnie. Nigdy tam nie stałam i nie stanę. A Ty oszukujesz sam siebie i to nie pozwala Ci dotknąć tego, czego tak bardzo dotknąć pragniesz… Ale w końcu, co ja wiem… czyż nie? Nie chciałeś tego usłyszeć… Nie mam recepty na szczęście. Ale wiem jedno. Cognoscetis veritatem, et veritas liberabit vos. I jeśli to, czego nie chcesz zobaczyć, to nie jest cała prawda, jest jej istotną częścią.

.

.

.

.

Jestem tak bardzo rozżalona… czuję żal do Ciebie za tę głęboką ranę, na którą jest tylko jeden sposób… I to nie taki, który nasuwa się od razu… Do siebie… za naiwne zaufanie do świata… za naiwne zaufanie do Ciebie… za intuicję… za własne uczucia… POTRZEBY… Nie ma we mnie ani grama spokoju. Boli kostka. Bolą nadgarstki. Piecze cała poraniona łydka. Czuję się chora i osłabiona. Do tego znów kręci mi się w głowie… Znów boli mnie żołądek… Znów jestem sama. Znów jestem tak bardzo zmęczona. Znów Ciebie nie ma. „Znów” to chyba złe słowo… Nikogo nie ma. Wykpiłeś mnie. Patrzysz z góry na mrówkę, niegodną normalnej rozmowy. Kim dla Ciebie byłam? Nikim. Bo tylko NIKOGO tak można potraktować. Jak tak mogłeś? Jak można kogokolwiek… W TEN SPOSÓB… Gdybyś jeszcze nie wiedział, co to będzie dla mnie znaczyć… ale wiedziałeś… doskonale… podły niszczycielu…

Wariatka. Przyznaj, od początku mnie za nią miałeś. Nie wiem, czy to bardziej pomaga mi żyć z tym, co się stało, czy jeszcze bardziej pogrąża. Intuicji pieprzonej nie ma wtedy, kiedy jej potrzebuję… tylko miesza, miesza, miesza… a później się okazuje, że…

.

.

.

.

Nie mogę tego zostawić za sobą… gdy już myślę, że powoli, powoli… przewracam się na rowerze… i znowu boli… Dziś nie wierzę, że to minie. Dziś nie wierzę w świat. W przyszłość. W spokój. W szczęście. Dziś nie wierzę, że zaufam. Dziś nie wierzę, że byłam cokolwiek dla Ciebie warta. Bo wszystko przekreśliłeś jednym ruchem. Nienawidzę siebie za to, co ja zrobiłam. Choć nie wiem, co konkretnie Cię tak naprawdę dotknęło. Ale chciałabym, żeby nie dotknęło. Bo mi na Tobie zależy. Wciąż. Nie rozumiem tego. Nie rozumiem, dlaczego nie umiem Cię nienawidzić… Poczucie winy rozlewa się niczym… jest jak ten paskudny, szary pył… tylko na butach… tylko na błotnikach… trochę na stopach… ale wystarczy jeden drobny błąd… i leżę poobijana… z siwymi od kurzu włosami…