Po granicy…

Taka twarda byłam wczoraj. Dziś już nie jestem. Ledwo otworzyłam oczy w południe. Nie byłam w stanie wstać do 13. O 14 znów spałam. Potem 3 godziny płakałam. Oczywiście nic nie zrobiłam. Zaległości masa. Pieprznik dookoła mnie, wszystko ciąży, brak decyzji, brak decyzyjności. Znów kaszlę, do tego jestem STRASZNIE opuchnięta, mam buzię jak księżyc w pełni.

Chcę iść spać. Wziąć jakieś prochy nasenne. Żeby nie śniło mi się tak, jak ostatniej nocy. Wyśniłam, że wracamy z mężem do mieszkania, w którym mieszkaliśmy krótko po tym, jak urodził się nasz syn. Sen jak sen, ale ile w tym było emocji, wiemy tylko my. A może tylko ja. Śniło mi się miejsce, w którym kiedyś miałam wykład. I że znów tam mam wykład, na temat, na którym kompletnie się nie znam. Ale czułam się dobrze przygotowana. I przyszły osoby, których obecność była dla mnie bardzo stresująca, ale jednocześnie dająca jakiś pozytywny sygnał. Nie było ciągu dalszego. Nie zdążyłam z nimi porozmawiać, bo zmieniła się sceneria. Śniła mi się toaleta w tym miejscu. Jakaś taka pałacowa, tam tak na prawdę takiej nie było. Gdy do niej weszłam, coś mnie zaatakowało. Krzyczałam chyba. Śnili mi się harcerze. Znajomi. I potem dopiero to mieszkanie. I coś jeszcze, ale już nie pamiętam. Budziłam się, ale przynajmniej nie pociłam, jedyny plus ostatniego leczenia, to to, że nie mam bezdechów. Ale co z tego. I tak się budzę.

Tak jest teraz. Staram się to zaakceptować i dać sobie dziś na luz. Nie spinam się, żeby zrobić wszystko na raz, ale czas się kurczy, a zaległości krzyczą. Niech przestaną. Nie dam rady dziś. Najwyżej zarwę kilka nadchodzących nocy… Nie mam wniosków. Nie chce mieć wniosków. Nie chce mi się mieć wniosków. Chcę wrócić do łóżka i płakać dalej.