O mnie

Kim jestem?

Kobietą. Chyba jeszcze dość młodą. Mam normalne, stosunkowo popularne imię. Tylko jedno. Drugie z bierzmowania. To drugie zawsze podobało mi się bardziej.

Mam cudownego syna. Dziś ma niecałe 9 lat. Jest mądry. Naprawdę mądry. Ma w sobie wrażliwość. Ma w sobie trudną przekorę i ma w sobie trudną niezgodę na to, co jest na świecie „głupie”. Jestem z niego dumna. Najbardziej na świecie. Mój jedyny syn.

Miałam męża. Lub go nie miałam. Sama nie wiem. Był bardzo kochający i wspierający. Wydawało się, że jest ze mną pomimo. Pomimo wszystkiego, co się ze mną działo. Uratował mnie przed mrokiem. Nie raz. Kochał mnie. Na swój sposób. Jednak zawsze podskórnie czułam, że nie kocha mnie takiej, jaką jestem. Tylko kocha własną obietnicę. Własne wyobrażenie. Czułam się nielojalna, gdy zalewały mnie takie wątpliwości. Aż do dnia, gdy nasz związek się skończył. Jak się okazało – ku mojej uldze. Jest trudno. Bo to, co było, było wyjątkowe. Ale jednocześnie było więzieniem dla nas obojga. Teraz mam życzliwego przyjaciela. Teraz mam za sobą zamknięte drzwi. Jest tylko teraźniejszość.

Jestem osobą wysoko wrażliwą. Zawsze widziałam drugie dno. Zawsze czułam mocniej. Zawsze byłam tą „delikatną”, tą „przewrażliwioną”, tą „przesadzającą”. Teraz już wiem, że to moja cecha osobowości. WRODZONA. Uczę się jej na nowo. Uczę się nie ulegać presji „silniejszych”. Uczę się ją kochać i akceptować. I z niej korzystać.

Jestem chrześcijanką. Praktykującą katoliczką. Wciąż zgłębiającą swoją wiarę i pracującą nad duchowością. Pomimo moich trudnych życiowych zawirowań.

Nie mam psa ani kota. Nie miałam od lat. Za to mam intuicję. Mam za sobą zaburzenia odżywiania, stany nerwicowe, epizody bardzo ciężkiej depresji klinicznej. Przez ostatnie lata depresja stale mi towarzyszyła. W wakacje było dobrze lub względnie, potem robiło się znacznie gorzej. Przywykłam do strachu przed jesienią. Ale ostatni rok zmienił WSZYSTKO. Już nie boję się jesieni. Już nie boję się depresji. Chyba jej nie ma. Chyba skończyło się coś, co mnie zabijało. Skończyło się coś, co mnie drążyło od środka, podgryzało i upewniało na każdym kroku, że jestem tak straszliwie samotna i uwięziona. A moja intuicja? Mówi mi, że to koniec depresji w wydaniu, w którym towarzyszyła mi od dobrych kilku lat.

Na co dzień robię różne fajne rzeczy… pracuję… i to jeszcze z ludźmi. Idzie mi nieźle 🙂 Coraz bardziej kocham to, co robię. Coraz bardziej widzę w tym sens i misję mojego istnienia.

Wciąż szukam swojego miejsca w życiu. Szeroko pojętym. I to mnie trzyma na powierzchni. I pociąga. I rozwija. I każe wierzyć, że pomimo doświadczeń… albo dzięki nim… znajdę wreszcie miejsce, w którym zmięknę i odetchnę. I uśmiechnę się do siebie. I do Boga we mnie.