Nienawidzę!

Do jasnej cholery!! Już nie mogę! Zaraz eksploduję!
Dlaczego nie zmieniam sytuacji, która mnie uwiera? Która mnie pochłania? Zabiera myśli, polot, przestrzeń?

Dlaczego jestem taka przewidująca? Analizująca? Po co mi te smutne przygody życiowe i ta cholerna mądrość, którą nabywam dzięki nim…? Dlaczego mądrości pieprzona nie przybywasz za wczasu??? Mądrości, która powodujesz pusty i tępy ból? Dlaczego moja pusta i tępa głowina nie chce zobaczyć, tylko sama pcha się w problemy??? Po co mi to? Dlaczego mnie tak ciska???
 
NIENAWIDZĘ NIE MIEĆ WPŁYWU!
NIENAWIDZĘ MIEĆ WPŁYW I MIEĆ SIĘ TAK W RYZACH!
Nienawidzę mieć świadomości, że rozwiązanie, które SAMA WYBIERAM, jest najlepsze. Najrozsądniejsze. Najmądrzejsze. I dobrze przemyślane, a jednocześnie boli tak bardzo, że wydaje mi się, że to jest NIEMOŻLIWE, żeby było faktycznie najlepsze.
Nienawidzę, po prostu NIENAWIDZĘ być postawiona w sytuacji, dla której najlepszym rozwiązaniem jest jej niezmienianie i tkwienie w niej!
 
Moja mądrości życiowa – dziś NIENAWIDZĘ CIĘ CAŁYM SERCEM! Nigdy nie chciałabym, żeby Ciebie nie było. Ale dziś mam cię TAK DOŚĆ, ŻE TYLKO JA WIEM JAK BARDZO!! Moja inteligencjo emocjonalna – ciebie też mam dziś PO KOKARDY! Moja analityczności – weź ty się zamknij, na jeden cholerny dzień!! Świecie! Cholerny świecie! Zmień się dla mnie! Zmień się i niech poczuję się lekka jak białe piórko! Niechże poczuję się wreszcie wolna od wszystkich konsekwencji tego, co zrobiłam, robię i mogę zrobić! CHCĘ DO KRAINY CZARÓW! JUŻ! NATYCHMIAST! I nie obchodzi mnie, że takie jest życie! Moje wewnętrzne dziecko tupie nóżką, a ja uważam, że ma rację! Moje biedne, niedopieszczone, tupiące nóżką dziecko! Zazwyczaj obrywasz po głowie, chociaż mnie uczą, żeby Cie przytulać. Ale dziś mam ochotę dać Ci wszystko, czego chcesz. Tylko niestety już dorosłam… i wiem, że jeśli ci dam… Nie ma nawet takiej opcji. Tup, ja ci przyznam rację i dziś niewychowawczo popłaczę z tobą. Chcę to, czego chcę! NATYCHMIAST! Chociaż nawet nie wiem, czego chcę, bo po co chcieć, skoro i tak nie dostanę… skoro nawet nie wiem, czy naprawdę… NAPRAWDĘ chcę…
.
.
.
.
.
Dziś tak nie boli, ale dziś szarpie na pusto. Niechże to wykrzyczę, zanim znów zaboli, zanim igła trafi do samego brzucha, zanim spowoduje spięcie i mdłości!
 
Wynoś się! Wynoś się maro zła! Zniknij i pozwól mi iść do przodu! Zostaw mnie! Zostaw mnie!!!! I pozwól się zostawić! Nie plącz się za mną! Nie rób cienia! Nie chuchaj mi w kark! Nie szeleść liśćmi! Wyłaź z tych krzaków, albo zjeżdżaj! Pozwól mi żyć akceptując to, jakie jest życie!! Stań w prawdzie, albo zniknij! Zamknij za sobą drzwi! Nie zaglądaj przez dziurkę od klucza! Albo stań w prawdzie znikając!
.
.
.
.
.
Dobry Boże, dlaczego dając mi mądrość, dlaczego dając mi tak jasne wskazówki, dlaczego stawiając na mojej drodze tak mądrych i dobrych i życzliwych ludzi, pozwalasz mi dzięki mojej mądrości na jedynie słuszny, najbardziej trudny wybór i jednoczenie nie dajesz mi środków przeciwbólowych? Proszę, chociaż paracetamol…
 
…chociaż paracetamol…