Nie wiem czy ostatnia, nie wiem czy prosta…

Dawno mnie tu nie było. Nie, że przestałam mieć potrzebę pisania. Wciąż mam w głowie stare pomysły na wpisy, wciąż też przychodzą nowe. Nowe tematy z nowymi emocjami. A od jesieni znowu życie wywróciło mi się na drugą stronę. I przychodzę tu akurat teraz. Bo potrzebuję podsumowań. Mam potrzebę zamknięcia w nawiasie tego, co zaczęło się realnie 1 stycznia 2018. Teraz się mniej lub bardziej realnie zamknie. 31 grudnia.

Właśnie zaczyna mi się trzeci tydzień mocnego przeziębienia. Odchorowuję mega silny stres z połowy grudnia. Trzeci tydzień, ale chyba ma się powoli ku końcowi. Więc może faktycznie wraz z noworocznym szampanem zamknę ten cholerny nawias. Sylwestra zamierzam spędzić w łóżku z P. Zamierzam pić whisky i wódkę oraz zjeść 2 paczki lejsów (widział ktoś cienkie solone…? Są tylko takie pałeczki…). Może obejrzymy jakiś film? Nie lubię filmów… ale może…? Albo pójdziemy na 5-kilometrowy spacer? Albo na huśtawkę…? Dzięki P. jest dobrze. Jest po prostu dobrze.

W styczniu M. powiedziała, że u mnie jak u Hitchcocka. Najpierw trzęsienie ziemi, a potem już tylko gorzej. A na końcu czarne ptaki. Nie widzę czarnych ptaków, ale je teraz słyszę.  Widziałam je przedwczoraj. Grunt, że to koniec.

Chyba jeszcze mi się nie zdarzyło tak, że początek roku był dla mnie realnym początkiem, a koniec realnym końcem. Zawsze miały wymiar wyłącznie symboliczny, do którego średnio przykładałam wagę. Podsumowanie roku i postanowienia noworoczne, buahahahh 😉 Tymczasem wyszło tak, że 1 stycznia 2018 przez 5 godzin rozmawiałam z moim byłym mężem. Próbowałam ratować. Pozostała część stycznia, cały luty i marzec należały do Pana A. Od kwietnia do lipca koszmarna szarpanina emocjonalna z exem. Definitywne rozstanie. W końcu podzieliliśmy opiekę nad dzieckiem i się wyprowadził. Sierpień znów należał do Pana A. Wylało się wszystko, czego nie zdążyłam przepracować. 2 września temat zniknął. Wydałam wtedy 45 złotych na coś, co kompletnie odmieniło moje spojrzenie na życie. Przez cały wrzesień nauczyłam się o sobie bardzo bardzo wiele. W różnych aspektach, dwa z nich wstrząsnęły mną naprawdę ostro. Jeden z nich pominę milczeniem. Może kiedyś wyjdzie. Drugi z nich dał mi klucz do wszystkich poprzednich 34 lat mojego życia. A potem był październik. W październiku pojawił się P. I znów zmieniło się wszystko. Tym razem na dobre. Listopad w biegu. Między P., synem i pracą, której nabrałam sobie straszliwie dużo. Mieściła się, bo nie było P. I teraz trochę nie było wyjścia… W grudniu tąpnęło. Byłam nadwyrężona… plus kilka wydarzeń, które nie zostawiły suchej nitki na moim zdrowiu. Przebodźcowanie level ultra hard. I mamy 30 grudnia. I napis 2019 ułożony z kawy. Mój ekspres właśnie skończył roczek 😉

Co mi dał ten czas? Pożegnałam się z długoletnim partnerem. Poczułam po tym ogromną, ogromną ulgę. Zobaczyłam to, co mogłam zobaczyć TYLKO z perspektywy. Jak bardzo oboje się niszczyliśmy, chcąc jednocześnie jak najlepiej… Jak ja się czuje zniszczona… Poznałam lepiej swoje dziecko… Poznałam granice swojej wytrzymałości na różnych polach. Zobaczyłam, kiedy i z jakiego powodu nie panuję nad emocjami… i nawet nie wiem, że nie panuję… cenne odkrycie… Zrobiłam ponad 1500 km na rowerze. Schudłam 16 kg. Zobaczyłam, kto jest wokół mnie. Zobaczyłam, kto jest przeciw. Chyba już na zawsze zamknęłam temat żalu do rodziców. Pożegnałam też Pana A. Też na zawsze. Wiem to z całą pewnością. Bo nigdy Pana A. nie było. Był tylko zestaw cech, których mi brakowało całe moje życie małżeńskie. I wyidealizowane ich uosobienie. A potem dojmująca samotność. I księżyc. I ten jego teleskop. Teraz księżyc nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Poza czystym pozytywnym wstrząsem estetycznym. Teraz, z P., jest codzienna cudowność, bez patetycznych egzaltowanych symboli romantycznego, niezrealizowanego uczucia. Teraz jest P. P. przekraczający wszelkie moje wyobrażenia. Dający mi niesamowitą akceptację. Epatujący spokojem.

Zobaczyłam, że umiem sobie dać radę nawet w sytuacjach ekstremalnych. Że umiem szukać pomocy. Że umiem docenić tych, którzy mnie wspierają. Że taka ilość emocji i dwa miesiące na ekstremalnie wysokich obrotach robi ze mnie nieracjonalny, impulsywny budyń. Zrozumiałam, że jeśli chcę czuć choć cień szczęśliwości, muszę o siebie dbać. I nie, że ćwiczyć, dobrze jeść i spać. Bo to mało. Teraz wiem, że potrzebuję przerw. Troski o siebie. Unikania ludzi, z którymi nie daję rady. Potrzebuję też kremu do twarzy, ładnego szlafroka i godzin na balkonie. Potrzebuję Różańca. Potrzebuję mniejszego obciążenia. Bo kluczem do tego, jaka jestem, nie jest jakaś tam zaburzona mikroflora czy niedobory tego czy tamtego, wpływające na rozwój depresji. Kluczem jest mój układ nerwowy…

Nieumiejętność chronienia swoich granic. Sztywny sposób myślenia. Dziecinność. Depresja, zaburzenia odżywiania, impulsywność, przejmowanie się każdym drobiazgiem. Dziwne gafy, brak poczucia bezpieczeństwa, zagubienie wśród rówieśników. Ekstremalna empatia, stima, niemożliwość wprowadzenia teorii w życie. Obsesyjne wgryzanie się w interesujący temat. Schematy. Układy. Lęki społeczne. Uczenie się na pamięć jak „powinnam” się zachować. Obsesyjne przejmowanie się tym, gdy coś nawet minimalnego poszło nie tak.

Mam potwierdzony przez kilku specjalistów typowo kobiecy Zespół Aspergera. Kobiecy. Który nijak ma się do wyobrażeń i książkowych opisów. To nie jest zwykła wrażliwość depresyjnej duszy. To jest nieneurotypowość. Mam nadwrażliwości i niedowrażliwości. Dotykowe, węchowe, słuchowe, wzrokowe. Słyszę kolory, widzę dźwięki… Zbyt dużo bodźców wyprowadza mnie z równowagi… heh… z równowagi… mało powiedziane… wywołuje niemalże chorobę 😉

Temat dopiero odkrywam. Ale spojrzenie na moje dotychczasowe życie przez pryzmat profesjonalnej wiedzy o ZA (oczywiście, że profesjonalnej, ja muszę wszystko przekopać na wszystkie strony ;)), pozwoliło mi… hmm… posłużę się przenośnią. Stałam i patrzyłam na scenę. Spod kurtyny tu wystawała noga, tam dłoń, przez dziurę widać było fragment scenografii, czasem ktoś za tę kurtynę wszedł, czasem zza niej wyszedł, tu sterczał drut, a tam mogłam podejść i podejrzeć. Przez małą dziurkę. To było moje szukanie siebie. Aż pewnego dnia ktoś pociągną za sznurek. I odsłonił mi CAŁĄ scenę… i wszystko widzę, jak na dłoni…

Porządkuję w sobie to wszystko. Obserwuje ukrytą dotychczas scenografię. Znajduję przyczyny wielu, wielu moich dotychczasowych problemów. Które z tej perspektywy mają zupełnie inny kształt i kolor… Przerabiam w głowie stereotypy odnośnie autyzmu i zespołu Aspergera. Bo to nie jest tak, że musi się to wiązać z całościowym upośledzeniem funkcjonowania. Ale teraz widzę, że ze względu na układ nerwowy mam swoje ograniczenia. Widzę, skąd ta moja doskonała intuicja. Widzę też swoje zdolności w innym świetle i wiem teraz, co robić, żeby maksymalnie je wykorzystywać. Przerabiam ulgę, złość… czasem patrzę w przeszłość pod tym kątem… Inna czułam się zawsze. Nie rozumiałam czemu, ale gdzieś w głębi zawsze utożsamiałam się z Jenny z piosenki Edyty Bartosiewicz… zwłaszcza obejrzaną w teledysku. Ta sama inność, która była zawsze. Dokładnie ta sama. Ale teraz ma nazwę… a wraz z nią idzie mnóstwo wskazówek… Ta nazwa jest właśnie tym kluczem, którego szukałam całe moje życie, żeby zrozumieć to, co się ze mną dzieje.

A co będzie w 2019 roku? Nie wiem. Oby się skończyło, oby wróciła stabilność… bo nie wiem czy dam radę, jeśli tylko „nie będzie gorszy”… Będzie też czystka. Posprzątam. Jeszcze dziś. Papier osobno. Aluminium osobno. Postanowienia noworoczne też osobno. Dbajmy o siebie i higienę psychiczną. Bo zarośniemy frustracją.