Jak kamień u szyi…

Niniejszym ogłaszam, że dzisiejszy dzień przeznaczam na odpoczynek. I nie zamierzam mieć wyrzutów sumienia, że niczego konstruktywnego nie zrobię. A może zrobię, ale tylko jak uznam, że mam na to ochotę.

Tyle z pozytywnych informacji i planów.

Jak kamień u szyi...

Nie wiem, co na to moje sumienie. Ciężko się z nim czasem dogadać. Trochę jakby nie było moje. Bo generuje mi wyrzuty jakbym przynajmniej komuś zrobiła krzywdę, ale zupełnie nie rozumiem dlaczego. Bo ja raczej z tych, którzy prędzej zrobią krzywdę sobie.

Nie wiem też, co na moje plany powie mój brzuch. Który niestety daje mi popalić. Czuję się źle, łamane na bardzo źle. I nie wiem, co o tym myśleć. Pół-leżę i nie wiem, jak sobie pomóc. Już nawet się tym nie stresuję. Chce mi się tylko płakać z bezsilności.

W takich chwilach czuję dojmującą bezsilność też w innych aspektach mojego życia. Czuję się bezsilna wobec spraw, które TRZEBA załatwić. Wobec spraw, które CHCĘ załatwić. Bezsilna wobec odpowiedzialności, która spoczywa na mnie, jako matce. Żonie. Dorosłej osobie, która POWINNA umieć zadbać o siebie. Powinna. Tylko szkoda, że bezsilność potrafi ściąć z nóg w taki sposób, że świadomość, że znasz „receptę” przynajmniej na część swoich problemów, jeszcze bardziej dobija. Bo wprowadzenie jej w życie jest nieosiągalne.

Jak kamień u szyi.