„Dzień dobry! Chyba pada!”

„Dzień dobry! Chyba pada!” – tymi słowami pozdrowił mnie miły biegający starszy pan, którego mijam często w lesie, jeżdżąc na rowerze.

Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i odpowiedziałam: „Dzień dobry! No trochę jakby!”. No bo trochę padało. Nawet trochę bardzo. Pierwsze 7 kilometrów przejechałam sucha. Po czym na chwilę się odwróciłam i zobaczyłam za swoimi plecami dosłownie CZARNE niebo. Dokładnie w miejscu, w którym zazwyczaj zawracam… Pomyślałam: ups… Przejechałam kolejne 500 metrów i zaczęło padać. Dość mocno. Kolejna myśl: chyba niekoniecznie wrócę całkiem sucha… No ale poprzednim razem było znacznie gorzej. Do tego szczęśliwie padało wcześniej przez całą noc, więc padający deszcz nie szczypał mnie w oczy. Poprzednio mega burza dopadła mnie w środku lasu po suszy. Oczy mnie tak straszliwie szczypały, że jechałam z zamkniętymi, a jak próbowałam zsiąść z roweru, to źle obliczyłam odległość, zaczepiłam nogą o ramę i wpadłam z nim do rowu. Na pamiątkę został siniak o 7-centymetrowej średnicy. Niemal idealnie okrągły. Tym razem cały syf z powietrza spadł już wcześniej. W dodatku było naprawdę ciepło. I krople były ciepłe. Delektowałam się każdą z nich. Czułam ich ukłucia na twarzy i myślałam o tym, jakie to NIEWIARYGODNIE przyjemne uczucie… Tak… to jest coś, czego nauczyły mnie ostatnie miesiące… czerpania ogromnej przyjemności z CHWILI OBECNEJ… nie ma przeszłości… nie ma przyszłości… jest tylko tu i teraz… tylko te ciepłe krople na policzkach… tylko te mokre szmaty przylepiające się do skóry…

Kolejne 500 metrów. Ściana wody. Panie Boże, no żeszszsz…. nie mogłeś chwilę poczekać? A potem myśl… Ejjj, niezły pomysł, chcesz mi wypłukać te durne myśli z głowy? No to do przodu! Tym razem nie zatrzymam się w paśniku pod małym daszkiem! Twardo jadę do domu! Dojechałam. 7 kilometrów w ULEWIE. Po kilometrze czułam, jak bardzo mokrą mam bieliznę… i pomyślałam, że to mega przyjemne! Do tego całkiem nieźle wyglądał ten ociekający dekolt… W sumie nigdy nie zdarzyło mi się tak w deszczu… taka zachowawcza… Tymczasem 30 sekund i miss mokrego podkoszulka w push-upie… Mniejsza. Nie ma teraz na świecie nikogo z kim chciałabym wylądować w takiej ulewie oparta o drzewo…

Muszę nieco poznać mój nowy rower… trochę się bałam wjeżdżać na nim z piskiem w kałuże, co czyniłam z poprzednim, jak mnie dopadła ulewa w lesie… boję się, że zniszczę mechanizm… Z drugiej strony Shimano wie, co robi 😉 Myślę, że przewidzieli, że rower trekingowy nie zawsze będzie całkiem suchy… 😉 Mniejsza. Dowiem się. Bo poprzednio darłam się na całe gardło. Z radości. Przejeżdżałam przez kałuże z taką prędkością, że miałam schlapaną twarz. I to był wieczór, który mnie odprężył najbardziej od wieeeelu miesięcy… Gdybym nie martwiła się o ten mój biedny rower… ech… jeszcze wiele ulew przede mną 😀

W ogóle jakiś popieprzony dzień… z tej wspaniałej, ciepłej ulewy wróciłam do domu… potem dentysta. Wiecie, że można zrobić plombę w 20 minut? Kocham moją panią Anię. Potem znów do domu… W ogóle miałam niczego dziś tutaj nie pisać… Twardo próbuję pracować… Do jutra mam termin oddania tekstu… niestety nie tego… 😉 Pfff… Nie chce mi się w sumie… A i tak pracuję cały dzień… Ja i planowanie 😉 Cały dzień z przerwami. Bo mój już_prawie_nie_mąż zabierał kolejną partię swoich rzeczy. I co chwila był jakiś temat do przegadania… Dogadujemy się. I to jest tak uspokajające… Nie mogłam się tego doczekać. Czekałam, aż w końcu znów poczuję tę ulgę, którą poczułam zaraz po rozstaniu. Aż znikną te jego papiery  i papierki. Pilne rzeczy na wczoraj. Pudełeczka z „na pewno się przyda” i z „teraz nie mam na to czasu”. Czekałam aż dostanę nową przestrzeń i zrobię ten wymarzony mini remont. Czekałam. Tymczasem, gdy patrzyłam jak te swoje bajery zbiera… czułam tylko ból w podbrzuszu… cały dzień napięcie… chociaż było naprawdę sympatycznie. Wyszedł. Z rzeczami. W końcu mam pustą przestrzeń. Ale pusta półka mnie nie kręci… Za to hula wiatr po pustym sercu…

.

.

.

.

.

Czekam na okres. Stres całkiem rozwalił mi cykl. Boli mnie wszystko. Jestem spuchnięta i przybita. To też wpłynęło na to, że tak ciężko zniosłam wyniesienie tych jego rzeczy… Zastanawiałam się w ogóle, czy „wypada” pisać o okresie. O PMSie. O ochocie na seks. W lesie, w deszczu. Jakoś nie chciało mi to przejść przez palce… Ale puściłam. I przeszło. Czy naprawdę głębia emocjonalna musi romantycznie poniżać ciało, jego potrzeby i fizjologię?? Oczywiście, że nie musi! Strasznie dużo myślałam przez lata o fizyczności. Bo fizyczność była dla mnie clue wszystkiego. Anoreksja… bulimia… ortoreksja… W nagrodę rozpieprzony układ pokarmowy i tarczyca… Marzenia o byciu idealną kochanką… Doskonała w łóżku. Doskonała przed lustrem. Doskonała z tyłu i z przodu. Doskonała we wszystkim. Absolutnie nieosiągalne… Ale natchnienia ostatnich miesięcy okazały się „oczojebnym” światłem. Przecież stworzył mnie Bóg. Taką, jaką jestem. I tylko moja chora głowa tak bardzo się nienawidzi. Tak bardzo nie chce zobaczyć tego, co zawsze pociągało mężczyzn… bo kilku jednak po drodze było… Nadal nie chce tego zobaczyć… nadal szepcze: gruuubaaa…. brzyyyydkaaaa…. jakbym miała 17 lat… teraz to już w ogóle… niech już przyjdzie ten okres może mi się w końcu zmieni nieco nastrój…

Bóg mnie stworzył z moimi pełnymi biodrami. Z wąską talią, nawet wtedy, gdy nie noszę rozmiaru 36. Ja nawet w ciąży miałam talię. Z włosami, które zawsze tak bardzo lubiłam. Z en face, który burzył moje własne krucjaty przeciwko własnej urodzie. Z rzęsami, o które pytają, czy na pewno prawdziwe… No kurde, prawdziwe! Mam tyle lat, że doskonale wiem, co się robi, żeby wyglądać młodo i pociągająco. Ale nie lubię być sztuczna. Nie korzystam z tej wiedzy. Niemal się nie maluję. Tylko ten niezmywalny tusz… eyeliner… trochę paćki pod te moje podkrążone oczy. I tyle. Naprawdę. Rzęsy są MOJE. Własne, osobiste, z moim DNA. Z moim niepowtarzalnym DNA.

Bóg mnie stworzył z okresem. Z tym cholernym, upierdliwym krwawieniem, które de facto czyni mnie kobietą. Mogę tego nie lubić. Ale co miesiąc, gdy na nie czekam, myślę, że chcę, żeby już było. Teraz. Bo to część mnie. Teraz w sumie nie wiem, jak to wyjaśnić… ale odczuwam okres jako rodzaj otwarcia okna… wypuszczenie dusznego powietrza i zastąpienie go świeżym powiewem… odczuwam to jako początek… Nie no… trzeba być nieźle popieprzonym, żeby nawet nad okresem mieć refleksje egzystencjalne…

Bóg mnie stworzył z głodem. Bóg dał mi jedzenie. Bóg nawet dał mechanizm samoregulacji. A że zepsułam… Ale masz Boże cierpliwość… Gdy zaczęłam odmawiać  pierwszą Nowennę Pompejańską, posłuchałam mojego klecho-idola, batiuszki Szustaka, który powiedział, że można odmawiać Nowennę, gdy na przykład jedziemy tramwajem. Niby żadne odkrycie, ale dzięki temu dotarło do mnie, że przecież wiele razy już słyszałam, że modlitwa nie musi być leżeniem krzyżem przed ołtarzem. Że można się modlić życiem codziennym… I wtedy pomyślałam, że spróbuję uświęcić swoje śniadanie. Odmawiałam różaniec jedząc. Chyba trudno mi opisać, co to zmieniło. Muszę to jeszcze przemyśleć… Ale wiem jedno. Że dzięki temu nauczyłam się głębiej rozmawiać z Bogiem. Jak z Tatą. Dosłownie. Bo przecież z najbliższymi rozmawia się w różnych sytuacjach. Podczas spaceru, podczas przejażdżki rowerem… i podczas kolacji… Jedzenie jest dobre. jedzenie nie krzywdzi. Jedzenie jest tym, co dał Bóg. I Bóg chce zasiadać z nami do stołu. Przecież mówi to na każdej Mszy!

I wreszcie seks. Jak już piszę o ciele to jest to temat nie do pominięcia. Bóg do jasnej cholery stworzył mężczyznę i kobietę! I niech żaden antyklerykał nie próbuje mi wmówić, że Bóg powiedział, że seks jest zły. I że seks wierzących jest tylko na włosienicy. I że Bóg patrzy, czy na pewno dobrze to robimy i czy mamy zamknięte oczy. Czasem, gdy czytam takie teksty, to mnie chwyta jedno wielkie, ciche acz głębokie JAA PIERDOOOLEEE….

Mnie Bóg nie poskąpił libido. To, co było, jest moje. To, co może kiedyś będzie, też jest moje. I nikomu nic do tego. Nie będzie opisów scen, nie ma co się jarać. Nie wiem, kiedy poczułam, skąd wychodzi moja ochota i potrzeba. Z jakiejś nieokreślonej głębi. Z bardzo konkretnego miejsca. Nie jest to sucha chęć zaspokojenia. Na tym poziomie rozwoju duchowego i emocjonalnego z takimi radzę sobie lekką ręką. Mnie ciągnie potrzeba bycia DLA KOGOŚ kobietą. Pociągającą w swojej dojrzałości. Nie śmieszą mnie głupie ero-żarty, choć nikt, kto mnie zna, nie może mi zarzucić braku poczucia humoru, zwłaszcza ciężkiego 😉 Ale gdy trafi się coś na poziomie… Głośny śmiech i ciary na plecach. Kocham sztukę erotyczną. Ale sztukę. A nie jakieś głupie zdjęcia rozebranych lasek. Widzieliście kiedyś PRAWDZIWĄ sztukę erotyczną? Czytaliście kiedyś Beksińskiego w tym kluczu? Klimta? Surrealistów? W ogóle jak można nie kochać surrealistów…? Sztuka erotyczna nie jest po to, żeby się nią zaspokajać. Sztuka erotyczna jest po to, żeby wywoływać głębokie refleksje. I to szczególne uczucie w tym jednym miejscu. A to uczucie dokłada do pieca refleksjom. A nie popędom.

Radzę sobie bez partnera. Jestem chyba za stara, za głęboka i za bardzo doświadczona na rozemocjonowanie, gwałtowne zrywy i „PMS z niedopchnięcia”. Sorry 😉 Łatwa to ja nigdy nie byłam 😉 Ale to nie znaczy, że nie mam ochoty. Że libido leży. Że o tym nie myślę. Że mówię „TO” zamiast „SEKS”. Kurde. Przecież „SEKS” to cudowne słowo. Tak wiele mówiące. Pokazujące całą głębię tego, co może zdarzyć się między dwiema duszami. Prawdziwy seks. Nie przypadkowy. Prawdziwy seks… tak bardzo spłaszczany i kaleczony…

To jest moje ciało. Moja choroba. Moja praca nad psychosomatyką. Nad tym, co powoduje te pieprzone objawy… To moja kobieca fizjologia. Moja ochota na seks. Moja ochota na sens. Na sens bycia kimś dla kogoś. Na sens bycia kobietą dla mężczyzny, który weźmie to, co JA dam, z zachwytem nad tym, co seks ZE MNĄ może dać. Znów chcę być kimś dla kogoś. Dla kogoś, kto będzie kochał MNIE. Mnie dającą rozkosz. Mnie denerwującą przed okresem i odmawiającą w trakcie. Mnie dającą życie. Mnie w tym jakże mało pociągającym momencie, jakim jest poród i połóg. Chcę być KIMŚ dla kogoś, kto weźmie te godziny mojego bólu z myślą, że moje ciało jest CUDEM. Cudem, który umie dać życie. MOJE ciało. Kto chce być ZE MNĄ i zachwycać się tym, że to JA daję to życie.

Chyba na ten moment nie jestem w stanie emocjonalnie wejść głębiej w poród. Niech to będzie temat na inny wpis. Na dzień dzisiejszy wiem jedno. Jeśli ktoś będzie chciał mieć ze mną dziecko, będzie musiał pokonać naprawdę wiele. Zdobycie mojego zaufania na ten moment mnie samej wydaje się niemal nieosiągalne. Ale jeśli mu się uda, wiem jedno… będzie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie… Bo będzie miał mnie z tym, co mam do dania. A wiem, że mam dużo.

.

.

.

.

Tylko co mi po tym…