Dead on Maldives

Czołga. Jakaś cholerna zaraza. Już dłużej niż tydzień. Dziś znów pół dnia ledwo w poziomie dało radę. Drugie pół już musiałam się ruszyć… Mam zaległości w robocie i każdy komentarz, że ojej, a miało być wcześniej, biorę do serca, bo jestem wydelikacona i rozżalona przez to choróbsko. A jeszcze czeka mnie cały weekend intensywnego działania poza domem, nie da się przełożyć.

Nie mam siły myśleć. Nie mam siły nie myśleć. W takim stanie trzymanie się w pionie psychicznym jest naprawdę wyczynem. Nie, nie użalam się. Raczej jestem z siebie dumna. Że nie poległam i nie leżę i nie ryczę. I nie zjadają mnie myśli.
 
Tak. Jestem twarda. Jednocześnie znacznie bardziej wrażliwa niż myślałam i dużo bardziej twarda niż myślałam. Ha, powiem więcej. Jestem PEWNA, że to, co mnie teraz toczy, to kwestia mojego charakteru. Tak się zawzięłam, że się nie dam, że organizm powiedział: „Nie chcesz depresji? No, może się dogadamy, ale musisz zejść z tej Twojej twardości i odpocząć. Zapraszam do łóżka”. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie zamieniłam siekierki na kijek… moja kochana Pani Doktor nastraszyła mnie atypowym zapaleniem płuc 😮 Oby zmieniła zdanie po jutrzejszym badaniu… Ja nie chcę żadnego zapalenia niczego!! Jakby mi mało było 🙁
 
Ech… idę powiesić pranie. Samo się nie powiesi. Haha, jaki czarny dowcip zobaczyłam w tej swojej chorej głowie 😉 Potem rozgrzeję stopy. Wezmę jakieś kolorowe tableteczki… I do pracy…
 
…aaa, jeszcze obrazek. Wpisałam w pixabaya „ill”. I wyskoczyło mi to 😀 Bardziej niż ill pasowałoby „Dead on Maldives”, ale może być i ill 😉 Ja tak super nie wyglądam, ani nie mam takiej perspektywy przed oczami (kołdrę mam szarą 😉 ) Więc popatrzcie sobie na niebieskie, pozazdrośćcie jej razem ze mną i dbajcie o siebie 😉
A wkleję jakieś Malediwy jeszcze raz, a co!