CZASem

W końcu jest chłodno. W końcu też moja głowa zaczyna myśleć. Po tym wszystkim. Wracam do pracy po dłuższej przerwie. Jestem też spokojniejsza, choć dziś idę na badania i oczywiście trzymają się mnie jakieś chore schizy rakowe. Bo moja głowa ciągle pracuje. Dzień, noc… ostatnio nawet wrzucałam tu zdjęcie książki o „niemyśleniu”. Średnia. Wnioski, do których tam odkrywczo doszła autorka już dawno we mnie przebrzmiały.

Ale teraz dopadła mnie nieodparta po prostu chęć napisania czegoś. Czegokolwiek. Chęć zanurzenia się w swoich odczuciach, chęć popłynięcia za jakimś impulsem… Dawno tego nie robiłam. Zastanawiam się ostatnio dlaczego przestałam pisać, skoro tak bardzo mi to pomaga.
 
I trochę wiem dlaczego.
 
Po pierwsze zerwałam nić porozumienia samej ze sobą. We wrześniu poczułam się na chwilę DOSKONALE. Pełna siły, energii, intelektu, ZERO depresji. Miałam dość refleksji i rozwlekania, dość dzielenia włosa na czworo. Czasem trzeba odpocząć. Bo ileż można się dawać szarpać księżycowi? Ile szelestowi kół roweru na leśnej drodze? Ile nocy, zmierzchowi, własnemu nieokreślonemu bólowi? Ta energia przyniosła nowe. Bardzo nowe. Bardzo cudowne, dobre nowe. Tak cudowne, że dało mi siłę nie pławić się w tym, co do tej pory tak bardzo mnie przytłaczało i wbrew wszelkim staraniom ciągnęło głęboko w dół.
 
Poszłam za tym. I jestem szczęśliwa. Tylko, że ja nie umiem pisać o szczęściu. O tych KOMPLETNIE NOWYCH uczuciach lekkości, ulgi, poczucia bycia wartościową, ważną. Nie wiedziałam też i w sumie wciąż nie wiem, co chcę odkryć, czym się podzielić. Bo poruszam się w tych pozytywnych emocjach, w tej niewypowiedzianej radości, trochę jak w kolorowej mgle. Jeszcze nic nie widzę. To też jest cudowne. I nie mam ochoty tej mgły rozwiewać. Chcę ją najpierw poczuć. I dać jej czas.  Tak. Nie umiem pisać o szczęściu. JESZCZE nie umiem. Ale się nauczę.
 
Druga ważna rzecz, która mnie zblokowała tak mocno, to wybuchowe połączenie niskiego poczucia wartości, chęci udowodnienia (już sama nie wiem czego i komu… samej sobie, ale czuję, że nie tylko…), lęku i tego pieprzonego CZASU. Czasu, który mnie niszczył. Czasu, którym byłam niszczona. Czasu, czasu, czasu, czasu, czasu… Nigdy nie umiałam się dobrze zorganizować. Zawsze brałam na siebie za dużo. Zawsze brakowało mi motywacji. Zawsze czułam przymus ekstremalnej efektywności. A przepracowanie i zero odpoczynku powodowało, że braki w motywacji były coraz większe… a ja brałam jeszcze więcej na siebie… to się skończyło siedzeniem po nocach… tak w skrócie… Czułam ogromny stres, gigantyczne napięcie spowodowane terminami. Bo sama praca nie generuje we mnie jakichś ekstremalnych stresów. Tylko jej nadmiar…
 
I wtedy przyszedł gigantyczny kopniak. Raczej seria kopniaków. Ale takich naprawdę solidnych. A ja słaba, zmęczona, w ciągłym napięciu… dopiero co podgojona rana po niszczącym małżeństwie, dopiero co podgojona rana po księżycowym porażeniu… i jeszcze myślałam, że spoko, przecież najgorsze za mną, jestem szczęśliwa, mam niesamowite wsparcie, wiec odstawię leki… 
 
Pierwszego kopniaka dowaliłam sobie sama. Presja czasu i poczucia wartości. Drugi od życia. Otoczenie nie zdzierżyło. Trzeci miał być odpoczynkiem. Był i nie był, przebodźcował mnie. Ten odpoczynek. Czwarty to był kolejny poważny siniak. Obok. Potem drobny piąty. Średni szósty. Po siódmym chodziłam zgięta. Miałam strasznie obite ciało. Wciąż napięte do granic. Czułam się popychana, odbijana od ścian… duże fioletowo-żółte ślady bolały przy każdym dotyku. Wtedy postanowiłam (a jakże!) wziąć na siebie jeszcze trochę dodatkowej pracy. I wtedy, z zupełnie innej strony, nadszedł cios wprost w splot słoneczny. Tak silny, że po prostu nie wstałam. Nie pracowałam, nie byłam w stanie funkcjonować… nie chcę do tego wracać. Do tych odczuć. Do tego, co tam było. To już nie ma znaczenia. Z resztą za bardzo boli. Podobnie jak wracanie do kilku innych rzeczy… Chaos, jaki miałam wtedy w głowie zaskoczył mnie samą. I bolał. Moje ciało nie uniosło tego, co zostało wtedy odkryte. Nie zmieściło mi się. Szczęście zajmuje duuużo RAMu 😉 Zmiany, które się z nim pojawiły, jeszcze więcej. Stare problemy zajmują dysk, a odpalenie 80% plików na raz, w tym ukrytych, MUSIAŁO skończyć się jak w kreskówkach… Jedną wielką eksplozją…
 
W końcu się podniosłam. W dużym stopniu dzięki P. Dzięki P., który po prostu JEST. Dzięki M. Która też po prostu JEST. Teraz jest lepiej. Bardzo dużo przemyślałam. Podjęłam kilka ważnych decyzji zawodowych. Wycofałam się z jednego zlecenia. Bóg nade mną czuwa, bo kolejne nie wypaliło, a jeszcze kolejne w bardzo ograniczonym zakresie. I to mi dało impuls do jeszcze kolejnych przemyśleń… Pojawiła się przestrzeń na własne plany zawodowe, które chciałam zrealizować już bardzo dawno temu… W końcu też dotarło do mnie, że czas mnie nie definiuje. Że nie musi być wykorzystany w 150% na rzeczy skrajnie efektywne. Że można być z tym szczęśliwym. To dał mi mój P. On też uczy mnie sztuki odpoczynku, rezygnacji, dystansu, poukładania i cieszenia się z rzeczy prostych. Epatuje ogromnym, zaraźliwym spokojem. I to dla mnie jest dobre. I to jedna z rzeczy, które sprawiają, że jest mi z nim tak dobrze.
 
Wróciłam do pracy. Wróciłam do leków, których brak powodował o dziwo nie depresję, ale ciągłe silne stany lękowe. Czuję jakiś rodzaj poukładania, dystansu, chociaż nie wiem, jak go zdefiniować. Chyba najlepiej opisuje go zdanie, że mam siłę nie popadać w lęki, histerię i depresję w momencie pracy nad trudnymi i ekstremalnie trudnymi elementami relacji, nad warstwami mnie samej, które odkryte zostały przez ostatnie wydarzenia… nad warstwami, które dobrze znam, a wciąż są tkliwe…
 
Spokój i jakiekolwiek okruchy tego poukładania pozwalają mi znowu pisać. Czas, który sama sobie oddałam, daje niesamowitą przestrzeń na rzeczy ważne. Na analizę wartości, odczuć i stanów, która jest dla mnie jak oddech. Szkoda tylko, że tyle mnie to kosztuje, tak bardzo mną szarpie i… nomen omen… tyle to trwa…