Poranny ptak…

Ptaki zaczęły śpiewać 20 minut później niż przedwczoraj… chyba czas spać… Dziś bym może i zasnęła… Ale te cholerne SPRAWY…

Oby do jutra wieczór… obyyyy… wieczorem rower. A na rowerze marzę. Modlę się. Jestem sama. Albo z tymi, których zapraszam do mojej głowy. Ostatnio tylko z Tobą. Czujesz, że jesteś ze mną codziennie? Na MOICH zasadach? W ogóle tu jesteś? Nadzieja? Intuicja? Pewnie piszę do powietrza…

Mam w planie Cię porządnie przemodlić. Oddać to wszystko Bogu. Skoro mnie samej tak bardzo nie wyszło… niech Bóg zrobi z tym… i z Tobą… to, co jest w Jego zamyśle. Ja już nie będę się wtrącać. Ale musisz poczekać. Teraz mam pilniejszą intencję. Ale moze warto poczekać. Może dzięki tej mojej modlitwie będziesz spać spokojnie. Przez całą noc. Albo Bóg mnie natchnie i zmienię plany. I pomysł na intencję. Bo może jest głupia i nie Boża? Ale chyba nie. Jak oddanie czegoś Bogu może być głupie?

Jakie to w ogóle ma znaczenie… I dla kogo…?

Wiesz, że ciało pamięta? Moje szczególnie. A Twoje? Uważasz, że to bzdury. Czekaj, czekaj. Jeszcze Ci udowodnię, że wcale nie.

.

.

.

.

Ptak odleciał. Wciąż śpiewa, ale odleciał spory kawałek. Wciąż go słyszę. Ale cicho. Zupełnie jak moja zagłuszaną intuicję…