NIE DOTYKAJ MNIE!

Życie obfituje w sytuacje dla nas niekomfortowe. Mnie, jako osobie z skrajnie wrażliwej, do tego z nadwrażliwością sensoryczną, szalenie trudno jest przyjąć niektóre formy relacji w naszym społeczeństwie. Tylko niektórzy są wpuszczeni w moje granice osobiste. W sumie chyba tylko mąż i dziecko. No i kilkoro przyjaciół, ale wiadomo, że mowa o czymś innym. 

Kolejny etap to powitanie. Tylko z niektórymi jestem w stanie przywitać się przytuleniem czy nawet pocałunkiem w policzek. (W szkole był taki zwyczaj. Ja się nie całowałam. Masakra. Znowu nie taka byłam). Podanie ręki też bywa niekomfortowe, ale łatwiejsze. Wolę z dystansem. Fizycznie cierpię w chwili, kiedy przesuwam się w kolejce w Rossmanie i ktoś przesuwa się za mną… za blisko. Ja robię krok w bok, a jemu się spieszy, bo kolejka się przesuwa. W dowolną stronę, byle za mną. Albo w metrze. Siada koło mnie taki, lat naście, i wietrzy krocze. Dotyka mnie udem. Obrzydliwość!  

GIF

Nie możesz zbytnio hałasować w moim towarzystwie, bo ucieknę. Fizycznie albo psychicznie. Albo odchoruję. Nie możesz mnie napastować emocjonalnie. Bo odreaguję i broniąc się zawężę kontakt. Nie możesz generować bodźców w postaci świateł. Nadmiaru świateł. Do tego jeszcze ludzie. I nie daj Boże ktoś, kto chce dotknąć. NIE. Jeśli Ci na mnie zależy, jeśli mnie rozumiesz – nie rób mi tego. Może gdyby więcej osób odnosiło się z szacunkiem do ograniczeń i upośledzeń innych osób, świat byłby piękniejszy. A ja nie byłabym socjopatką.
.
.
.
.
.
.
.
.
Jeśli nie znasz mnie, nie możesz mnie przytulić bez mojej zgody. Nie możesz mnie dotknąć bez mojego pozwolenia. Czasem ja wyciągnę rękę, bo czuję, że to będzie dla mnie (i dla Ciebie) ok. Mam nadzieję, że ja Ciebie też odczytuję dobrze. Czasem ktoś starszy wyciągnie rękę. Ale to jakby coś innego… To jakoś znoszę. Nie zauważysz tego oporu, bo tym nie epatuję. Ale ja zauważę. I mnie zaboli, jeśli wbrew mnie przekroczysz tę niewidzialną granicę.

Poza tym ogóle niewielu mężczyzn dopuszczam do siebie bliżej niż na „bezpieczną dla mnie odległość”. WYŁĄCZNIE tych, którym ufam. Mężczyźni mają ze mną trudniej. Są tacy… tacy w miarę bliscy, których się nie boję. Bo mają własne dobrze wytworzone granice, które nie pozwalają im przekraczać moich. Albo po prostu ci, którym ufam. I się ich nie boję.

Są też osoby z jakby „dalszego” kręgu, z którymi się nie przyjaźnię, a na które zawsze mogę liczyć. Bo wiem, że mimo, że może nie wiedzą, co jest grane, po prostu im na mnie zależy. Rodzina mojego męża. Moja. Jego przyjaciele. Ale też wybiórczo. Oni czasem są wpuszczeni poza granice, które jeśli zostaną przestąpione przez obcego, odbiorę to jako gwałt.

Czasem mogę zaryzykować. I jakoś idzie. Byłam nawet na koncercie. W 2013 😂 Nikt mnie nie przytulał, ale było światło i hałas. Kiedy było zakończenie roku szkolnego, nikt mnie nie dotykał. Ale hałas i ludzie spowodowali, że było mi naprawdę trudno przez resztę dnia. Przywitałam się też pocałunkiem w policzek z niemal obcą mi osobą. Przedwczoraj. I jakoś poszło. Też było niełatwo. Ale są dni, kiedy jedyną dorosłą osobą, której dam się dotknąć, jest mój mąż.

Są momenty, kiedy nikt mnie nie dotyka, nie ma ludzi, nie ma hałasu ani migoczących świateł. Ale są emocje. I one przechodzą przeze mnie na wskroś. I też mi trudno. Nawet jeśli związane są z bliskimi mi ludźmi. Przepraszam, jeśli mnie kiedyś z tego powodu źle odebraliście. Ale czasem to silniejsze ode mnie. Po prostu czasem działają na mnie jak nieproszony dotyk. Jak zbytni hałas. Chcę wtedy płakać. Jak małe przerażone dziecko. To stan… może nie jak w ataku paniki, bo to za dużo powiedziane, mało kto to w ogóle zauważa. Ale coś w tym kierunku. Chcę uciec. Schować się. Zniknąć.

Przepraszam.
.
.
.
.
.
.
.
Czym są problemy z integracją sensoryczną? Podobno nie dotyczą tylko dzieci. Podobno też nie jest to udowodniona naukowo teoria, metoda terapii. Nie wiem. Nie obchodzi mnie to. Nie potrzebuję kolejnej etykietki. Ja po prostu widzę, że to jest to, co mnie opisuje. Dotyk, dźwięk, światło, smak.. wszystko musi być spokojne, wszystko musi być bezpieczne. Wszystko musi być w zaufaniu. Nic wbrew mnie. Zwłaszcza w chwilach, kiedy nie jestem gotowa na wyzwania. Bo każdy nadmiar kończy się niemal wymiotami. Nic nie muszę jeść. Nie muszę pić. A i tak to samo. I paradoksalnie właśnie wtedy potrzebuję się przytulić. Do osoby, której ufam. Która podejdzie mnie tak, że się przytulić pozwolę. Nie musi to być przytulenie w sensie fizycznym. Może to być ciepłe słowo i obecność wirtualna. Może to być modlitwa.