Niechcący…

Jednak wyszłam na spacer. I dobrze. I nie umarłam po spacerze. Może dochodzę jako tako do siebie? Odważyłam się pójść tylko dlatego, że moje własne cztery ściany darły się do mnie w niebogłosy. Chaotycznym wrzaskiem. Pojedynczymi okrzykami ryjącymi zmysły. Przebodźcowały mnie. Ściany. Książki. Telefon. Kolorowe zakładki do książek. Talerze. Widelce. Nadpleśniałe jabłko. Nadmiar. Niedobór. Pustka. Przepełnienie.

Continue Reading „Niechcący…”

Farba

Kołdra. Druga. Trzecia. Głowa pod jedną z nich. Koszulka. Druga. Trzecia. Bluza. Sweter. Rozgrzewająca herbata. Leki. Kropelki potu spływające między piersiami. W końcu mam ciepłe stopy. Ale w środku… w kończynach… w brzuchu… w klatce piersiowej… nieroztapialny sopel lodu. Bolesny. Nie dający się niczym poruszyć. Nawet odrobinę.

Continue Reading „Farba”

Tak bardzo bez tytułu…

Mam przepis doskonały na odchudzanie. Jeszcze się nie ważyłam, ale centymetr zachowuje się jak marzenie. Wygląda na 4-5 kg przez 2 tygodnie. Jaki jest przepis? Spieprzyć sobie relacje. Najlepiej więcej niż jedną na raz. Można na przykład powiedzieć za dużo. Można też powiedzieć za mało. Można jednocześnie powiedzieć za dużo i za mało. Można nie mówić nic. Można chcieć. Można nie chcieć. Można się złamać. Można się też nie dać złamać. Można też wiele innych rzeczy. Istne szaleństwo.

Continue Reading „Tak bardzo bez tytułu…”